Kolejny ro(c)k z ROCK FOR PEOPLE 2017

Posted on

Choć Rock For People edycja 2017 skończyła się kilkanaście dni temu, a my nieco ochłonęłyśmy z wrażeń, na pewno szybko nie zapomnimy tego festiwalu. Dlaczego? Powspominajcie z nami!

Pierwsza rzecz, która może nieco zaskoczyć, to termin odbywania się festiwalu. Przyzwyczajeni jesteśmy, że trzydniowe imprezy odbywają się zazwyczaj w weekend lub zahaczają o jakieś narodowe dni wolne. Tak jest i w Czechach. 5 i 6 lipca to u naszych sąsiadów święto (coś jak nasza majówka), dlatego też Rock For People odbywa się w środku tygodnia – (wtorek–czwartek).

První den

W tym roku postanowiłyśmy ruszyć pociągiem. Sprawa wydawała się dość prosta, gdyż po dostaniu się na dworzec w Czeskim Cieszynie czekała nas tylko jedna przesiadka w Pardubicach. (Potem jeszcze kolejna, a wcześniej musiałyśmy z rodzinnych miasteczek dostać się do Cieszyna i przedreptać na drugą stronę Olzy, jednak… wydawało nam się, że to brzmi dobrze i nie dotrzemy zmarnowane).

Już w Cieszynie spotkałyśmy znajomych ruszających do Pragi, którzy zmierzali na koncert Guns n’Roses. I nie był to ostatni widok fanów oklejonych z każdej strony logotypami czy symbolami związanymi z grupą Axla Rose’a. W dodatku widok naszych bagaży prowokował pytania chyba w każdym języku i jednocześnie oburzenie, kiedy okazało się, że wybieramy się na zupełnie inne wydarzenie muzyczne niż występ amerykańskiej kapeli.

Gdy już udało się nam dotrzeć na pole namiotowe, co nawiasem mówiąc nie było trudne – wystarczyło podążać za tłumem – szukałyśmy miejsca, żeby się akredytować. Namiot przeznaczony właśnie w tym celu był wyjątkowo oblężony, ale kolejka zmniejszała się dość szybko, więc nie zdążyłyśmy się znudzić. Na wstępie otrzymałyśmy też książeczki z rozpiską „co, jak i gdzie” – przydały się wiele razy. Szczególnie wtedy, gdy weryfikowałyśmy godziny koncertów i zapamiętywałyśmy zespoły, które zwróciły naszą uwagę.

Kiedy rozbiłyśmy namiot, nadszedł czas na poszukiwanie czegoś do skonsumowania, co było w zasadzie banalnie proste. Wzdłuż drogi prowadzącej do scen poustawiano food trucki z różnorakimi rodzajami jedzenia – włoskie spaghetti, wegańskie kasze, chińskie nudle, amerykańskie burgery – można było wybierać do woli. Dodatkowo przyczepy znajdowały się nieopodal pola namiotowego, przed samym wejściem na teren festiwalu, a także w specjalnie zaaranżowanej przestrzeni na uboczu, gdzie można było w spokoju (bez ciszy) pałaszować.

Spożywając, spokojnie spacerowałyśmy, gdy natrafiłyśmy na Motorola Stage, czyli scenę sponsorowaną przez ów koncern. Na niej szalał duet, który udało nam się wypatrzyć w materiałach organizatorów. The Picturebook, czyli jedno z naszych odkryć – mieszanka surowego rocka, skórzanych harleyowców i przesympatycznych muzyków.Byli naprawdę uroczy w tej swojej zadziorności.

Kolejnym zespołem, na który trafiłyśmy był Kontrust. Na czele austriackiej kapeli od niedawna stoi, a właściwie śpiewa Polka – Agata Jarosz. To dopiero była uczta! „Bomba” czy „Hej DJ!” to nie są piosenki, przy których spokojnie tupiesz nóżką. Jeśli nie znacie – nadróbcie koniecznie! Tylko nie oglądajcie teledysków. Wciąż nie wiemy, czy to forma wyrafinowanej beki muzyków, czy to… tak na serio.

You Me At Six miałyśmy problem. Choć organizatorzy informowali poprzez social media na bieżąco o nieprzewidzianych zmianach w programie, obawiałyśmy się, że z powodu przełożenia godziny koncertu nie uda się nam trafić na angielską kapelę. Zdążyłyśmy! Przygody miał także wokalista. W pewnym momencie nagłośnienie całkowicie zamilkło. Przynajmniej dla słuchaczy. Josh Franceschi odczuł to boleśnie, jednak szybko poradził sobie z sytuacją, śpiewając a capella, a i organizatorzy naprawili usterkę sprawnie.

Dlaczego nie znałyśmy wcześniej Cage The Elephant? Nie mamy pojęcia! Jeśli kiedykolwiek będziecie zastanawiać się, czy Mick Jagger ma zastępcę, od razu odpowiadamy, że tak! Matt Shultz to prawdziwe zwierzę sceniczne. Ruchy like a Rolling Stone, odpowiednia stylówa, dynamiczna muza – to była prawdziwa zabawa przypominająca dawne rockandrollowe pląsy! Pewnie kojarzycie (pozwalamy obejrzeć teledyski) „Come A Little Closer” albo „Shake Me Down”. Na żywo są jeszcze lepsze.

W końcu dotarłyśmy do headlinerów. Die Antwoord to freaky rodem z Afryki. Niepokorni, nieprzewidywalni, wyłamujący się ze schematów. I takie również było ich show. Prócz hitów (czy ktoś w ogóle podejrzewał, że te niepokojące dźwięki mogą się stać znane?) „Ugly Boy”„I fink U freaky” czy najnowszy „Love drug”, trio dostarczyło naprawdę niezłej dawki energii. Ninja rozbujał publikę, Yolandi wyginała się do rytmu lepiej niż niejedna tancerka, a DJ Hi-Tek zapewniał nowe dozy nieposłusznych tonów. Tak jak w zeszłym roku zachwycałyśmy się performancem Massive Attack, tak na tegorocznego lidera pod kątem dopracowania show wysuwa się właśnie kapsztacka formacja. Stroje (zmieniane niemal co numer), do tego wizualizacje pojawiające się na ekranach (nie tylko fragmenty teledysków), zachwycająca scenografia (Yolandi hasała po ogromnym białym podwyższeniu), a na deser złote konfetti, którym została obsypana publiczność. Choć muzyka zef nie jest nam tak bliska jak wszystkie odmiany rocka, mamy nadzieję, że to nie ostatnie nasze spotkanie z Die Antwoord.

Nieco wycieńczone po całym dniu, w drodze powrotnej do upragnionego legowiska, chwilkę bujałyśmy się do dźwięków Gomad!&Monster. Grupa didżejów bawiła publiczność remiksami kultowych kawałków Nirvany, Linkin Park, Metallicy i innych ikon rocka. W końcu po kilkunastu godzin wrażeń zasnęłyśmy. Jeszcze długo towarzyszyły nam odgłosy imprezy z okolicznych scen i namiotów.

Druhý den

Nocne rockoteki nikogo nie dziwią, jednak publiczność wcale nie musiała czekać do wybicia północy. Co kilkanaście minut na głównej alejce zbierała się grupka pogująca lub bujająca się do kultowych kawałków. Wszystko to było zasługą didżejów ukrytych w ciężarówce znajdującej się obok napisu „Rock For People”. Notabene był on czymś w rodzaju Adasia na krakowskim rynku czy Mariackiej w Kato – tam najłatwiej było się znaleźć przy ewentualnym odłączeniu od ekipy.

Po porannych pląsach i zbiórce postanowiłyśmy się zaopatrzyć w bilety powrotne, a przy okazji pozwiedzać Hradec Kralove. Do miasteczka dostałyśmy się darmowym autobusem, zapewnionym przez organizatorów. W dodatku kursowały na tyle regularnie (co 20 minut), że można było się dostać i wydostać z terenu festiwalu niemal w każdej chwili, a oznaczenia postoju autobusów były widoczne z daleka.

Gdy wróciłyśmy na teren miasteczka, od razu przywitały nas dźwięki Gasmac Gilmore. Niemiecki rock ze skocznymi folkowymi wstawkami to kolejna z energetycznych propozycji organizatorów. Posłuchajcie choćby „Fantastisch”! Następnie trafiłyśmy na Vypsaną fixę, czyli melancholijne ballady, ale i skoczne melodie. Formacja była jedną z pierwszych pochodzących właśnie z Czech, która pojawiła się na dużej scenie.

Prócz sceny Rock For People, każda miała swojego patrona zwanego sponsorem. I tak udało nam się na Jack Daniel’s Stage posłuchać The Dirty Nil. Panowie są naprawdę świetni i zostali wpisani na naszą oficjalną listę odkryć RFP. Do muzycznych odkryć tej sceny możemy zaliczyć też We on the moon (Jack Daniel’s Stage). Oczywiście nagrania odtwarzane na laptopowych głośnikach nie oddadzą dźwięków i energii pod sceną, ale posłuchajcie. Zespół to grupa muzyków z Brna/Pragi, którzy niedawno wydali album „Home”. Dla znających zagadkę z zeszłorocznej relacji, zdradzimy tylko tajemnicę – opisywane plecaki w formie worka były elementem promocji słynnego trunku. W wersji płatnej.

W końcu… Paramore! W związku z premierą nowej płyty miałyśmy obawy, czy skoro nowa płyta, to będą te ukochane utwory sprzed lat? A jeśli tak, to czy w nowej, popowej aranżacji z samplami zamiast gitar? Uff, na szczęście nas nie zawiedli. Pojawiły się i najnowsze kawałki (np. „Hard Times”) zahaczające o funk, jak i te największe, nieco bardziej rockowe hity, których tekst znamy na pamięć – „Still Into You” czy „Decode”. Podczas czołowego hitu, „Misery Business”, Hayley zaprosiła publiczność do wybrania jednej osoby, która… wyszła na scenę i razem z nią dokończyła śpiewać piosenkę. Z taką pompą kończą tylko Amerykanie.

Třetí den

Największe tłumy ściągały oczywiście na koncerty na głównych scenach. Jednak ilość pomniejszych scen sprawiała, że naprawdę każdy mógł znaleźć w danym momencie coś dla siebie. I warto zaznaczyć – „mniejszych” nie znaczy wcale „gorszych”. Artyści nawet na tych najmniejszych scenach prezentowali pełen profesjonalizm i świetną jakość dźwięków.

Zaraz obok pola namiotowego (a nasze lokum umiejscowione było na samym jego skraju) stał namiot Muzikus Stage. Tam koncerty odbywały się praktycznie od samego rana (tj. 11.00, biorąc pod uwagę, że ostatnie kończyły się gdzieś w środku nocy – muzyka nie opuszczała nas ani na krok). Ostatniego dnia festiwalu dźwięki gitar i ciekawy wokal ściągnęły nas na występ The Atavists. Mimo sączącego się z nieba niemiłosiernego upału, muzycy wylewali z siebie siódme poty, żeby zagrać jak najlepiej. I musimy przyznać, że nas przekonali. Namiastkę tego jak było możecie posłuchać na Youtube. Tylko namiastkę dlatego, że do tej muzyki trzeba by jeszcze dodać masę energii, rwące się struny, pasję, zimną Kofolę i atmosferę wakacyjnego festiwalu.

Jedną z mniejszych (jeśli nie najmniejszą) sceną była Cyclo Stage. Przydomek „cyclo” stąd, że przed sceną stało kilka rowerów. By dany zespół zagrał (i miał dostęp do elektryczności) słuchający musieli… po prostu pedałować. W sumie całkiem przypadkiem (i to odkrywanie jest chyba najciekawsze w festiwalach muzycznych), przechodząc obok, natknęłyśmy się na zespół 1st Choice. Jak grają? Sprawdźcie. Kawał całkiem dobrego rocka. Istnieją już parę ładnych lat, skład zespołu przeszedł kilka roszad, a w Pradze podobno grali już prawie wszędzie. Całkiem niedawno wypuścili też album (jest dostępny na Spotify). Nie przesłuchałyśmy jeszcze całego krążka, ale „w realu” przekonali nas swoimi dźwiękami, by zatrzymać się pod sceną na kilka kawałków.

Nie zabrakło też polskich akcentów. Paula & Karol, czyli polsko-kanadyjski duet, zaproponował nieco spokojniejsze melodie.Podobnie Debbi, czeska wokalistka pop. Ich kameralne występy dawały naprawdę chwilę oddechu od mocnych gitarowych riffów i mrocznej mieszanki, która miała dopiero nadejść. W końcu festiwal zamykało samo Evanescence!

Chyba każde większe wydarzenie nie może się obyć bez promocji znanych firm. Nie chcemy tutaj szerzyć kryptoreklamy, więc tylko wspomnimy, że atrakcji było w bród. Jedna z firm sprawiła westernowe miasteczko, ogromną ciężarówkę i zasponsorowała własną scenę, inna dbała o higienę uczestników festiwalu, rozdając kosmetyki i przygotowując strefę do „przypudrowania noska”. Jeszcze inne przygotowały plażę, hamaki, kapelusze, świecące bransoletki, gry (za które można było wygrać drobne gadżety; wśród nich m.in. malutkie kremy SPF 50 – oj, przydały się), skok z wysokości, zjazd na linach czy małe lody (to ostatnie było co prawda chwilowym, ale jednak wybawieniem w tym upale). Można też było załapać się na pałeczki, kostki gitarowe i inne rzeczy rzucane przez zespoły dla fanów – nam niestety zabrakło szczęścia (rozumianego tutaj jako odległość od sceny).

Cóż, panowie z Eskimo Callboy również dali niezłe show, choć to nie do końca nasz przedział gatunkowy. Za to w czasie tego koncertu miałyśmy okazję podpatrzeć stylizację uczestników (wizerunek muzyków był dość oryginalny, co spowodowało, że ich fani chętnie garnęli się pod scenę, a my podglądałyśmy). Jeśli chodzi o stylizacje uczestników (nie zapominamy outfitów artystów – scena rządzi się swoimi prawami) mogłybyśmy napisać osobny artykuł. Ewentualnie dziesięć. Jako że nie jesteśmy blogerkami modowymi (a szkoda) na pytanie „a cóż takiego tam było?” odpowiemy zwięźle – „A czego nie było!”. Kreatywność, humor i otwartość uczestników nie raz nas zadziwiła. I to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Z resztą sprawdźcie sami, choćby na oficjalnym profilu festiwalu na Instagramie.

Inną czeską wokalistką, która pojawiła się na głównej scenie, była Lenny. Charakterystyczny głos przywoływał na myśl największe gwiazdy soulu. Z kolei energią, talentem i dźwiękami nawiązywała do Florence Welch, umiejętnie wplatając elementy alternatywnego rocka.

Z niecierpliwością czekałyśmy na Three Days Grace. I troszkę się zawiodłyśmy. Na fanpage’u Rock For People pojawiła się informacja, że zostały przygotowane pojemniki z płynem na bańki mydlane. Choć było ich dwa tysiące, rozeszły się z kilkadziesiąt sekund. Pomysł był dość nietypowy, niestety wykonanie też średnio się udało. Gdy Amerykanie weszli na scenę, wybiła dopiero dziewiętnasta. Na hardrocka zbyt jasno, tak jak i na zamierzone efekty wizualne. Z kolei obecny wokalista, Matt Walst, zupełnie nie radził sobie z klasyką Three Days Grace tworzoną jeszcze przez Adama Gontiera, jak „I hate everything about you”, nieco lepiej było z materiałem, którego jest autorem, jak najnowsza płyta. Niemniej, jesteśmy zawiedzione.

Odbiłyśmy sobie na Lower Than Atlantis. Co prawda zespół pojawił się w naszym zestawieniu mustów, ale… okazali się być jeszcze lepsi, niż sądziłyśmy! Charyzma wokalisty i świetne kawałki porwały nas od pierwszych taktów. No i działo się. Świetny kontakt z publicznością, pewność siebie i mega energia. Jakby tego było mało, wokalista pod koniec postanowił rzucić się na widownię. A że miał ze sobą gitarę, grał niesiony przez tłum (dowody na zdjęciu powyżej). Kiedy przyszło do zakończenia tej zabawy i powrotu na scenę, po prostu… rzucił gitarą. I niestety nie trafił nią na scenę (na szczęście nie trafił też w pana technicznego czy pana ochroniarza), a instrument spadł w fosę pomiędzy sceną a widownią. Mamy nadzieję, że nic się jej nie stało.

Wydawało nam się, że tej kapeli na pewno nie znamy bliżej. Może gdzieś tam przypadkiem w radiu słyszałyśmy kilka taktów i nie myliłyśmy się. „Pumped up Kicks” kojarzy chyba każdy. Panowie z Foster The People dali czadu lepiej niż na niejednej dyskotece.Foster i jego ludzie oficjalnie grają indie pop, ale to raczej jedni z tych artystów, których trudno zaszufladkować. Zresztą, posłuchajcie sami!

Przed gwiazdą wieczoru, trafiłyśmy też na koncert KraftKlub. Wokalista próbował nawiązać kontakt z publicznością po angielsku. Słowo klucz – „próbował”. Niemiecki akcent jednak przeważał, choć przyznamy, że jego usilne próby przekazania czegokolwiek widowni były urocze. Ponieważ rozumiałyśmy wszystko, dobrze się bawiłyśmy. Pod koniec koncertu wokalista zapytał publiczności, czy jest ktoś, kto nie zrozumiał niczego z tego, co mówi. I… co druga osoba na widowni podniosła rękę (podejrzewamy, że niektórzy zrobili to na przekór). Nieważne. I tak nas ujął, a muzyka obroniła się samaOd teraz doliczamy KraftKlub do nielicznego grona niemieckojęzycznych bandów, które słuchamy.

A na koniec – Evanescence. Marzenie każdego nastolatka wychowanego na „Bravo” i MTV, w którym jako pierwsi pojawili się zza ciemnej strony mocy . Usłyszeć trójoktawowy mezzosopran na żywo – cudo! Amy Lee zachwycała. Nie tylko głosem, ale i sprawnością muzyczną. Zagrała na fortepianie (i zaśpiewała oczywiście) „My immortal”, rapowała partię Paula McCoya z „Bring me to life”, a nawet odtwarzała dźwięki na syntezatorze do kawałków z nowego album. Muzyczne zakończenie festiwalu było naprawdę godne!

Pierwotnie tekst pojawił się na portalu Reflektor. Rozświetlamy kulturę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *